(...)
- Mam nadzieję, że przeszkadzam
- Nie bardziej niż zwykle
- Nie masz dzisiaj lekcji ?
- Już nie. Zrezygnowałam z tego stażu.
- Jak to...rzuciłaś pracę ?
- Ano, Krzyśka też rzuciłam. Jak dotąd nie rzuciłam jedynie siebie, z okna.
- Żarty nigdy nie były twoją mocną stroną. Zresztą to największa głupota jaką zrobiłaś. Nie wiem jak teraz sobie poradzisz.
- Na razie radzę sobie całkiem nieźle.
- Do czasu. Sama nie dasz rady.
- Dzięki.
- Obawiam się...
- Czego ? Że nie zdążę się rozmnożyć zanim spadkobiercy endecji wprowadzą opodatkowanie dla beztroskich poligamistów ?
- Mogłaś wymyślić coś mądrzejszego.
- Nieszczególnie się starałam, a może to po prostu ograniczenia płci.
- Martwię się o ciebie
- Dziwne, że dopiero teraz.
- Martwię się o twoją przyszłość
- No właśnie - moją, a przede wszystkim - przyszłość. Krzysiek się w niej nie mieścił.
(...)
Kontakty z ojcowatym od dłuższego czasu ograniczały się do rozmów telefonicznych. Nie lubiłam go. Jakkolwiek śmiesznie brzmiałoby użycie takiego słowa, po prostu nie lubiłam. Nie za to jakim był ojcem, bo ojcem nie był, ale za to jakim był człowiekiem. Nadawaliśmy na innych falach, nie dogadywaliśmy się, nie zgadzaliśmy, widzieliśmy świat z zupełnie innej perspektywy i żadne z nas nie próbowało się wysilić, by spojrzeć oczyma drugiej strony. Jeśli w ogóle byłoby to możliwe. Macie identyczne charaktery, dlatego nie możecie się dogadać diagnozowała matka, ale nie mogła mieć pretensji, że wzoruję się na ojcowatym, bo nie miałam ku temu zbyt wiele okazji.
Jedyne co pozostawił po sobie, to regały pełne śmiesznej, propagandowej literaturki. Nie rozumiałam jak można podobne bzdury czytać, za to doskonale rozumiałam jak łatwo, czytając je, stać się takim człowiekiem.
[5] Po powrocie cd.
Wydarzenia lutowego wyjazdu, które stały się motorem działań ostatnich tygodni, teraz mgliste i odległe, zostawione za oknem samochodu wraz ze znikającym obrazem przedmieścia, z konieczności tracące realność na gruncie mojego, zdeklarowanego światka, właśnie przez swoją nierzeczywistość domagają się przynajmniej najdrobniejszego uformowania. Potrzebuję usystematyzować pojęcia, stworzyć im jakąś kategorię, jakąś wygodną szufladkę, nadać realny kształt myślom i emocjom. Określić siebie poprzez słowo, czyli najmniej konkretnie i jednoznacznie jak to tylko możliwe, ale jednak jakoś.
Planowaliśmy wyjechać z samego rana, ale kluczyk w stacyjce przekręciłam dopiero po 21.00 z powodu tych wszystkich spraw, które zawsze można załatwić dużo wcześniej, a których, dziwnym zbiegiem okoliczności, nigdy dużo wcześniej się nie załatwia.
Nasz przyjazd kilka minut przed północą nie sprawił problemu. Całkiem miłe powitanie. Krzysztof znał właścicieli, wynajmował u nich już kilka razy pokój- ten jedyny pokój, który był do wynajęcia. Zwyczajne prywatne gospodarstwo z wolnym, tanim pokojem dla gości.
Miałam bardzo klarowny obraz całego pobytu; zabrałam trochę pracy, żeby gmerać w niej w ciszy i w spokoju, kiedy Krzysiek będzie się szwendać, podziwiając uroki natury czy też uroki czegokolwiek innego.
Wieczory spędzaliśmy z gospodarzami na rozmowach i piciu, a raczej na pogawędkach i ostrzejszym alkoholizowaniu. Byli młodym małżeństwem z pięcioletnim dzieckiem. Ona ciągle uśmiechnięta i pełna energii, czuła się jak ryba w wodzie w tym swoim królestwie czterech ścian. Żyła rytmem sąsiedzkich odwiedzin i problemów. W jakiś zabawny sposób uosabiała mit osławionej, narodowej gościnności. On budził mnie o nieludzkich godzinach dźwiękiem Husqvarny - dźwiękiem boleśnie materialnych poranków, kacowych, poalkoholowych i roztaczających perspektywę kolejnych dni tak powtarzalnych jak monotonne obroty łańcucha. Potem wchodził do domu na trzy słowa i przepadał w pracy. Podczas wieczornych pogawędek unikał poważniejszych rozmów, zręcznie zwodząc Krzyśka żartem albo słowem na tyle nieostrym, by rozmyło temat lub prześlizgnęło się po jego powierzchni. Starał się nie sprzedawać żadnej innej części siebie poza tym wycinkiem z góry dla nas przeznaczonym: dowcipnym , niefrasobliwym, opartym na życiowej, bezrefleksyjnej logice. W stosunku do mnie asekuracyjny, czasami ironiczny; na pewno ci się tu nie podoba; na pewno nie jesteś przyzwyczajona do takich warunków; jak sobie tu radzisz?; widzę, że sie nudzisz, ale może jakoś przeżyjesz.
Którejś nocy obudziłam się około trzeciej i odruchowo sięgnęłam po paczkę Westów. Krzyśkowe, senne Znowu będziesz palić wyprowadziło mnie z równowagi mniej niż odkrycie, że owa paczka jest pusta. I ostatnia.
Zeszłam do kuchni oświetlonej przez słabą boczną lampkę dlaczego nie zgasili światła? Tacy oszczędni. Po schodach odprowadzało mnie tykanie zegarków. Odbite od ścian, z prawej, z lewej, krok po kroku. Niezsynchronizowane sekundniki grały symfonię uciekającego czasu. Raz za razem, knak za knakiem, na zmianę, na wyścigi, ogłupiając wrażeniem szybszego biegu godzin. Za drzwiami kuchni akompaniament przejmował agregat i oprócz niego byłam jedynym dźwiękiem.
Wyciągnęłam rękę po leżące na lodówce papierosy nadużyję gościnności, muszę zapalić, bo zwariuję, jutro oddam, zresztą nikt nie zauważy. Tylko jeden. Albo dwa. Na teraz i na rano. Albo trzy. Bo jeśli z rana nikt nie będzie jechał do sklepu ?
Częstuj się, mam jeszcze jedną, nad czym się zastanawiasz
Kurwa mać. Już wiedziałam, dlaczego świeciła lampka. Tylko jakim cudem przeoczyłam go w takiej niemożliwej ciszy. Nie słyszałam nawet oddechu. Jasne. Nie słyszałam oddechu, bo zagłuszał go mój własny.
Siedział przy oknie. Wypiliśmy kawę, tak na dobry sen. Potem następną. Paczkę mam jeszcze jedną też spaliliśmy do rana.
Jakoś się rozwiązał, by poopowiadać o sobie i żonie, w ogóle pierwszy raz widziałam jak rozmawia. Wcześniej zawsze jedynie mówił, odpowiadał i żartował. Mieszkał w okolicy od zawsze. Nie lubił tego miejsca, bo nie widział żadnych perspektyw, ale po maturze wyjechał na studia i wtedy zaczęło się prawdziwe życie. Pracował wieczorami, żeby opłacić stancję, mimo to znajdował czas dla siebie, nie narzekał. Wreszcie był zadowolony. Podczas wakacji jego dziewczyna, obecna żona, zaszła w ciążę. Rodzice nie byli w stanie ich utrzymać. Rzucił studia, wrócił tutaj, miał ten domek po siostrze matki i znalazł pracę na cały etat. Ciężką harówkę, ale finansowo nie najgorszą. Nie potrafiłem się z tym pogodzić. Nienawidziłem tej roboty, a przede wszystkim nienawidziłem wszystkich fizoli, z którymi pracowałem, bo byłem od nich lepszy, a raczej tak mi się wtedy wydawało. Miałem wrażenie, że spotkała mnie jakaś niepojęta niesprawiedliwość, że to już koniec wszystkiego, że wśród tej całej hołoty jestem wyjątkowy. Tak, to jest śmieszne. I wiesz co ? Przychodzi taki moment, że ambicje zamiast ciągnąć w górę zaczynają być kulą u nogi. Niszczą życie mi, mojej żonie i wszystkim wokół, bo nie dają spokoju, bo stają się chorobą na którą w danej chwili nie ma lekarstwa. I schowałem je do szuflady na później, na wieczne kiedyś. Zmieniłem się trochę, potem nawet awansowałem; nie ma jak awans z poziomu minus dziesięć na minus pięć, mówię Ci niewyobrażalna satysfakcja.
I w końcu zacząłem rozumieć, że nie jestem żadnym indywiduum i cierpiętnikiem, ale banalną realizacją pewnego schematu, starego jak świat. Takie rzeczy się zdarzają wielu ludziom i akurat mnie się zdarzyły. Między innymi. Po prostu. Wbrew pozorom zrozumienie tego nie było wielkim nieszczęściem. Wręcz przeciwnie. Każdy chce być lepszy albo wyjątkowy, ale jeśli to niemożliwe po cholerę się zadręczać i tworzyć wymyślony, zamknięty świat, skoro wcale nie jest się samotnym.
Mógłbym ci zazdrościć, ale nie zazdroszczę, bo nie masz świadomości jak bardzo ci się w życiu udało, a że innym udało się jeszcze bardziej jest twoją największą tragedią i nie możesz zrozumieć jak to możliwe
Zazdrościł mi; jeśli nie od początku, to po wypowiedzeniu tych słów już na pewno. Może trafiłam na jedną z tych chwil, kiedy nawet najgłębiej zakopane ambicje zaczynają szukać jakiegoś ujścia. A może nawet tę chwilę prowokowałam. Nie chciałam zrozumieć albo przy całym moim egoizmie nie byłam w stanie. Poświęcić się, bo żona i dziecko ? Przecież ewentualnie można było wyjechać za granicę na rok, dwa, przysyłać pieniądze, odłożyć na studia zamiast siedzieć w tej dziurze i po cichu się nad sobą użalać. Nie ma sytuacji bez wyjścia, na jego miejscu pewnie poradziłabym sobie, jakoś, nie wiem, na pewno, musiałabym. I wtedy po raz pierwszy pojawiła się myśl, dlaczego w takim razie nie próbuję sobie poradzić, będąc na swoim lepszym miejscu, tylko uparcie płynę z prądem na fali jednej podjętej kiedyś decyzji.
Doszło między nami do ostrej wymiany zdań, do osobliwej szeptanej kłótni w ciszy śpiącego domu. W pewnym momencie zauważyłam, że się całujemy jakby ten cały agresywny erotyzm miał być ostatnim argumentem w dyskusji. Nawet do głowy mi nie przyszło, żeby przerwać. Położył na mnie dłonie, ale nie pieścił tylko oglądał nimi ciało, bardzo powoli, bardzo dokładnie, w dół, kawałek po kawałku. Niczym ślepiec. Najpierw przez ubranie, później przez skórę. I nie było żadnego efektownego finału. Nie zdarł ze mnie bielizny i nie zerżnął na kuchennym blacie jak przystało na dobrą historię. Nie spaliśmy ze sobą ani wtedy, ani później. Dwie następne noce spędziliśmy w kuchni na tych samych miejscach, na rozmowie, i tej samej niedokończonej namiętności.
Po powrocie rozstałam się z Krzysztofem. Nie wahałam się ani chwili. Przez cały czas jego cierpliwej miłości nie przeżyłam nawet namiastki emocji, które stały się udziałem tamtych trzech dni. Przypomniałam sobie, że jeszcze jestem zdolna do takich zrywów, że zamknęłam sobie do nich drogę i chciałam się skazać na wygodną pustkę.
Postanowiłam wrócić na studia doktoranckie. Córa marnotrawna uczelni. Dodatkowo została mi ulubiona praca na pół etatu. Chociaż mało płatna. Nie wiem na jak długo starczy siły i ambicji, nie wiem ile ich mam, boję się, że za mało.
Złożyłam wymówienie.
Miałam dosyć. Tych twarzy. Tych znudzonych dzieciaków. Tych korytarzy poniemieckich. Tych martwych pedagogów, którym nie chce się nie tylko uczyć, ale przede wszystkim żyć. Zresztą czułam to samo. Nie mój cyrk i nie moje małpy, nie moja sprawa oświecanie cudzych dzieci. Perspektywa spędzenia tam ponad roku przerażała mnie od początku, jednak dotąd niezrozumiale akceptowałam owo przerażenie, a nawet bywały chwile, kiedy przeradzało się w rodzaj pogodnej rezygnacji.
I z dnia na dzień zdecydowałam zostawić pracę w cholerę; pojęłam, że wolałabym raczej prowadzić kółko różańcowe niż tamte lekcje.
Z uśmiechem na twarzy zaniosłam wypowiedzenie, wyrwana z najgłupszego letargu jaki mogłam sobie w życiu zafundować.
Zaniosłam je niemal od razu gdy wróciliśmy z wyjazdu.
I zaraz po tym jak oddałam mu pierścionek.
O ironia, to Krzysztof nalegał, żebyśmy wyjechali. Nie chciałam. Wyjazd na zadupie był ostatnią rzeczą na jaką miałam ochotę.
A z im wiekszą pasją i radością opowiadał o tych planach, tym większą czułam do nich niechęć. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że nużący, niewiele znaczący wypad za miasto spowoduje we mnie mentalną rewolucję.
Nalegał. W końcu, za namową przyjaciela, przystałam. Potrzebujesz odpoczynku, jakiejś odmiany potrzebujesz, powinniście z Krzyśkiem spedzić trochę czasu z dala od miejsca waszych problemów. Pomyślałam, że nic nie tracę, a czas ferii zimowych otwierał perspektywę kilku wolnych dni. Zgodziłam się, żadne z nas nie miało wtedy pojęcia na co tak naprawdę się zgodziłam.
[2] Wtorkowa kłótnia
Kochaliśmy się z Krzysztofem.
Nienawidzę się z nim kochać. Nienawidzę, bo to kochanie zawiera w sobie całą treść słowa kochać się i nic więcej. W każdym ruchu i dotknięciu jest tylko kochanie. Jest jego leżenie na porcelanowej lalce, którą można pokruszyć zbyt mocnym oddechem albo niewykwalifikowaną pieszczotą.
Gdyby mógł, zamiast penisa, wkładałby we mnie wszystkie możliwe słowa uwielbienia i zachwytu.
Gdyby Bóg istniał byłby dumny z Krzysztofa, że potrafi wykrzesać z siebie tyle kochania bez pieprzenia.
Obawiam się, że jeśli osiągnie jeszcze wyższy stopień wtajemniczenia w tej sztuce, będzie potrafił zapłodnić mnie bez użycia fiuta.
Tak więc kochaliśmy się. A właściwie to on mnie kochał i kochałby mnie może jeszcze dłużej, gdybym go nie odepchnęła i nie wstała z łóżka.
Podeszłam do stołu. Oparłam się o stół. Leżały na nim dwa talerze. Te dwa talerze, które kupił specjalnie dla mnie. Kupił, bo nie lubiłam jeść z tamtych talerzy z żółciastym wzorem. Kupił, bo zawsze marudziłam, że jeśli już muszę jeść, to nie będę tego robić na żółto-bylejakich talerzach. I kupił jeden dla mnie, drugi dla siebie, specjalnie do wspólnych kolacji. Gdzieś w sklepie z porcelaną kupił. Były takie kruche i delikatne. Takie porcelanowo-porcelanowe. Takie nietykalne. Takie białe. Takie identyczne jak to jego całe kochanie. I rozpieprzyłam obydwa na podłodze. W drobny mak. Z pięknym porcelanowym hukiem. I chciałam jeszcze podeptać, ale mi nie pozwolił. Podszedł i zaczął zbierać, i zamiatać, i powiedział, żebym się odsunęła, bo pokaleczę sobie stopy. Powiedział jak do małej dziewczynki, której trzeba wybaczyć; którą dopiero trzeba nauczyć co jest dobre a co złe, na którą nie można się gniewać, bo jeszcze tego nie rozróżnia do końca.
I ubrałam się. I pokłóciliśmy się.
To znaczy ja się pokłóciłam. Bo on się za nas dwoje kocha, a ja się za nas dwoje kłócę. I wyszłam.
[1] Geneza bloga Mogłaby pani, właściwie nie wiem czy pani by chciała, ale myślę, że dobrze by to pani zrobiło. Próbowała pani zapisywać wspomnienia? Myśli? Jak u pani z pisaniem? Lubi pani? Mogłaby mi pani później pokazać takie notatki, to bardzo by ułatwiło nam pracę, czasami coś prościej napisać niż powiedzieć, czasami coś przychodzi do głowy pod wpływem chwili, pod wpływem papierosa. Pani dużo pali, prawda? Później te myśli gdzieś uciekają a często byłyby dla nas przydatne.
Wybór - blog. Na razie nie zdradzę się z tym zamiarem. Kiedy jutro rozłożę się na "kozetce"- ta "kozetka" to krzesełko nieśmiało mogące udawać fotel, z pękniętym oparciem, w najbliższym czasie ma być wymienione;
teraz w trakcie remontu gabinetu jesteśmy, będzie wygodniej, niedługo będzie wygodniej
- no więc kiedy jutro się tam rozłożę, tj. kiedy tam sztywno usiądę, przyznam, że postanowiłam spisywać jakieś wspomnienia, ale jeszcze nie wiem, kiedy zechcę je pokazać i nie wyjawię w jakiej formie zamierzam to robić.
Nie wiem czy blog jest dobrym pomysłem, może miało być bardziej intymnie?
W moim odczuciu intymność niepatrzenia rozmówcy w oczy jest wystarczająco intymna.