[2] Wtorkowa kłótnia


Kochaliśmy się z Krzysztofem.
Nienawidzę się z nim kochać. Nienawidzę, bo to kochanie zawiera w sobie całą treść słowa kochać się i nic więcej. W każdym ruchu i dotknięciu jest tylko kochanie. Jest jego leżenie na porcelanowej lalce, którą można pokruszyć zbyt mocnym oddechem albo niewykwalifikowaną pieszczotą.
Gdyby mógł, zamiast penisa, wkładałby we mnie wszystkie możliwe słowa uwielbienia i zachwytu.
Gdyby Bóg istniał byłby dumny z Krzysztofa, że potrafi wykrzesać z siebie tyle kochania bez pieprzenia.
Obawiam się, że jeśli osiągnie jeszcze wyższy stopień wtajemniczenia w tej sztuce, będzie potrafił zapłodnić mnie bez użycia fiuta.
Tak więc kochaliśmy się. A właściwie to on mnie kochał i kochałby mnie może jeszcze dłużej, gdybym go nie odepchnęła i nie wstała z łóżka.

Podeszłam do stołu. Oparłam się o stół. Leżały na nim dwa talerze. Te dwa talerze, które kupił specjalnie dla mnie. Kupił, bo nie lubiłam jeść z tamtych talerzy z żółciastym wzorem. Kupił, bo zawsze marudziłam, że jeśli już muszę jeść, to nie będę tego robić na żółto-bylejakich talerzach. I kupił jeden dla mnie, drugi dla siebie, specjalnie do wspólnych kolacji. Gdzieś w sklepie z porcelaną kupił. Były takie kruche i delikatne. Takie porcelanowo-porcelanowe. Takie nietykalne. Takie białe. Takie identyczne jak to jego całe kochanie. I rozpieprzyłam obydwa na podłodze. W drobny mak. Z pięknym porcelanowym hukiem. I chciałam jeszcze podeptać, ale mi nie pozwolił. Podszedł i zaczął zbierać, i zamiatać, i powiedział, żebym się odsunęła, bo pokaleczę sobie stopy. Powiedział jak do małej dziewczynki, której trzeba wybaczyć; którą dopiero trzeba nauczyć co jest dobre a co złe, na którą nie można się gniewać, bo jeszcze tego nie rozróżnia do końca.
I ubrałam się. I pokłóciliśmy się.
To znaczy ja się pokłóciłam. Bo on się za nas dwoje kocha, a ja się za nas dwoje kłócę. I wyszłam.

2006-11-24 23:09:09 ||skomentuj (32)


♣    ♣    ♣    ♣    ♣