[4] Po powrocie



Złożyłam wymówienie.
Miałam dosyć. Tych twarzy. Tych znudzonych dzieciaków. Tych korytarzy poniemieckich. Tych martwych pedagogów, którym nie chce się nie tylko uczyć, ale przede wszystkim żyć. Zresztą czułam to samo. Nie mój cyrk i nie moje małpy, nie moja sprawa oświecanie cudzych dzieci. Perspektywa spędzenia tam ponad roku przerażała mnie od początku, jednak dotąd niezrozumiale akceptowałam owo przerażenie, a nawet bywały chwile, kiedy przeradzało się w rodzaj pogodnej rezygnacji.
I z dnia na dzień zdecydowałam zostawić pracę w cholerę; pojęłam, że wolałabym raczej prowadzić kółko różańcowe niż tamte lekcje.

Z uśmiechem na twarzy zaniosłam wypowiedzenie, wyrwana z najgłupszego letargu jaki mogłam sobie w życiu zafundować.
Zaniosłam je niemal od razu gdy wróciliśmy z wyjazdu.
I zaraz po tym jak oddałam mu pierścionek.

O ironia, to Krzysztof nalegał, żebyśmy wyjechali. Nie chciałam. Wyjazd na zadupie był ostatnią rzeczą na jaką miałam ochotę.
A z im wiekszą pasją i radością opowiadał o tych planach, tym większą czułam do nich niechęć. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że nużący, niewiele znaczący wypad za miasto spowoduje we mnie mentalną rewolucję.

Nalegał. W końcu, za namową przyjaciela, przystałam. Potrzebujesz odpoczynku, jakiejś odmiany potrzebujesz, powinniście z Krzyśkiem spedzić trochę czasu z dala od miejsca waszych problemów. Pomyślałam, że nic nie tracę, a czas ferii zimowych otwierał perspektywę kilku wolnych dni. Zgodziłam się, żadne z nas nie miało wtedy pojęcia na co tak naprawdę się zgodziłam.

2007-03-02 20:21:36 ||skomentuj (1)


♣    ♣    ♣    ♣    ♣