[5] Po powrocie cd.
Wydarzenia lutowego wyjazdu, które stały się motorem działań ostatnich tygodni, teraz mgliste i odległe, zostawione za oknem samochodu wraz ze znikającym obrazem przedmieścia, z konieczności tracące realność na gruncie mojego, zdeklarowanego światka, właśnie przez swoją nierzeczywistość domagają się przynajmniej najdrobniejszego uformowania. Potrzebuję usystematyzować pojęcia, stworzyć im jakąś kategorię, jakąś wygodną szufladkę, nadać realny kształt myślom i emocjom. Określić siebie poprzez słowo, czyli najmniej konkretnie i jednoznacznie jak to tylko możliwe, ale jednak jakoś.
Planowaliśmy wyjechać z samego rana, ale kluczyk w stacyjce przekręciłam dopiero po 21.00 z powodu tych wszystkich spraw, które zawsze można załatwić dużo wcześniej, a których, dziwnym zbiegiem okoliczności, nigdy dużo wcześniej się nie załatwia.
Nasz przyjazd kilka minut przed północą nie sprawił problemu. Całkiem miłe powitanie. Krzysztof znał właścicieli, wynajmował u nich już kilka razy pokój- ten jedyny pokój, który był do wynajęcia. Zwyczajne prywatne gospodarstwo z wolnym, tanim pokojem dla gości.
Miałam bardzo klarowny obraz całego pobytu; zabrałam trochę pracy, żeby gmerać w niej w ciszy i w spokoju, kiedy Krzysiek będzie się szwendać, podziwiając uroki natury czy też uroki czegokolwiek innego.
Wieczory spędzaliśmy z gospodarzami na rozmowach i piciu, a raczej na pogawędkach i ostrzejszym alkoholizowaniu. Byli młodym małżeństwem z pięcioletnim dzieckiem. Ona ciągle uśmiechnięta i pełna energii, czuła się jak ryba w wodzie w tym swoim królestwie czterech ścian. Żyła rytmem sąsiedzkich odwiedzin i problemów. W jakiś zabawny sposób uosabiała mit osławionej, narodowej gościnności. On budził mnie o nieludzkich godzinach dźwiękiem Husqvarny - dźwiękiem boleśnie materialnych poranków, kacowych, poalkoholowych i roztaczających perspektywę kolejnych dni tak powtarzalnych jak monotonne obroty łańcucha. Potem wchodził do domu na trzy słowa i przepadał w pracy. Podczas wieczornych pogawędek unikał poważniejszych rozmów, zręcznie zwodząc Krzyśka żartem albo słowem na tyle nieostrym, by rozmyło temat lub prześlizgnęło się po jego powierzchni. Starał się nie sprzedawać żadnej innej części siebie poza tym wycinkiem z góry dla nas przeznaczonym: dowcipnym , niefrasobliwym, opartym na życiowej, bezrefleksyjnej logice. W stosunku do mnie asekuracyjny, czasami ironiczny;
na pewno ci się tu nie podoba; na pewno nie jesteś przyzwyczajona do takich warunków; jak sobie tu radzisz?; widzę, że sie nudzisz, ale może jakoś przeżyjesz.
Którejś nocy obudziłam się około trzeciej i odruchowo sięgnęłam po paczkę Westów. Krzyśkowe, senne
Znowu będziesz palić wyprowadziło mnie z równowagi mniej niż odkrycie, że owa paczka jest pusta. I ostatnia.
Zeszłam do kuchni oświetlonej przez słabą boczną lampkę
dlaczego nie zgasili światła? Tacy oszczędni. Po schodach odprowadzało mnie tykanie zegarków. Odbite od ścian, z prawej, z lewej, krok po kroku. Niezsynchronizowane sekundniki grały symfonię uciekającego czasu. Raz za razem, knak za knakiem, na zmianę, na wyścigi, ogłupiając wrażeniem szybszego biegu godzin. Za drzwiami kuchni akompaniament przejmował agregat i oprócz niego byłam jedynym dźwiękiem.
Wyciągnęłam rękę po leżące na lodówce papierosy
nadużyję gościnności, muszę zapalić, bo zwariuję, jutro oddam, zresztą nikt nie zauważy. Tylko jeden. Albo dwa. Na teraz i na rano. Albo trzy. Bo jeśli z rana nikt nie będzie jechał do sklepu ?
Częstuj się, mam jeszcze jedną, nad czym się zastanawiasz
Kurwa mać. Już wiedziałam, dlaczego świeciła lampka. Tylko jakim cudem przeoczyłam go w takiej niemożliwej ciszy. Nie słyszałam nawet oddechu. Jasne. Nie słyszałam oddechu, bo zagłuszał go mój własny.
Siedział przy oknie. Wypiliśmy kawę, tak na dobry sen. Potem następną. Paczkę
mam jeszcze jedną też spaliliśmy do rana.
Jakoś się rozwiązał, by poopowiadać o sobie i żonie, w ogóle pierwszy raz widziałam jak rozmawia. Wcześniej zawsze jedynie mówił, odpowiadał i żartował. Mieszkał w okolicy od zawsze. Nie lubił tego miejsca, bo nie widział żadnych perspektyw, ale po maturze wyjechał na studia i wtedy zaczęło się prawdziwe życie. Pracował wieczorami, żeby opłacić stancję, mimo to znajdował czas dla siebie, nie narzekał. Wreszcie był zadowolony. Podczas wakacji jego dziewczyna, obecna żona, zaszła w ciążę. Rodzice nie byli w stanie ich utrzymać. Rzucił studia, wrócił tutaj, miał ten domek po siostrze matki i znalazł pracę na cały etat. Ciężką harówkę, ale finansowo nie najgorszą.
Nie potrafiłem się z tym pogodzić. Nienawidziłem tej roboty, a przede wszystkim nienawidziłem wszystkich fizoli, z którymi pracowałem, bo byłem od nich lepszy, a raczej tak mi się wtedy wydawało. Miałem wrażenie, że spotkała mnie jakaś niepojęta niesprawiedliwość, że to już koniec wszystkiego, że wśród tej całej hołoty jestem wyjątkowy. Tak, to jest śmieszne. I wiesz co ? Przychodzi taki moment, że ambicje zamiast ciągnąć w górę zaczynają być kulą u nogi. Niszczą życie mi, mojej żonie i wszystkim wokół, bo nie dają spokoju, bo stają się chorobą na którą w danej chwili nie ma lekarstwa. I schowałem je do szuflady na później, na wieczne kiedyś. Zmieniłem się trochę, potem nawet awansowałem; nie ma jak awans z poziomu minus dziesięć na minus pięć, mówię Ci niewyobrażalna satysfakcja.
I w końcu zacząłem rozumieć, że nie jestem żadnym indywiduum i cierpiętnikiem, ale banalną realizacją pewnego schematu, starego jak świat. Takie rzeczy się zdarzają wielu ludziom i akurat mnie się zdarzyły. Między innymi. Po prostu. Wbrew pozorom zrozumienie tego nie było wielkim nieszczęściem. Wręcz przeciwnie. Każdy chce być lepszy albo wyjątkowy, ale jeśli to niemożliwe po cholerę się zadręczać i tworzyć wymyślony, zamknięty świat, skoro wcale nie jest się samotnym.
Mógłbym ci zazdrościć, ale nie zazdroszczę, bo nie masz świadomości jak bardzo ci się w życiu udało, a że innym udało się jeszcze bardziej jest twoją największą tragedią i nie możesz zrozumieć jak to możliwe
Zazdrościł mi; jeśli nie od początku, to po wypowiedzeniu tych słów już na pewno. Może trafiłam na jedną z tych chwil, kiedy nawet najgłębiej zakopane ambicje zaczynają szukać jakiegoś ujścia. A może nawet tę chwilę prowokowałam. Nie chciałam zrozumieć albo przy całym moim egoizmie nie byłam w stanie. Poświęcić się, bo żona i dziecko ? Przecież ewentualnie można było wyjechać za granicę na rok, dwa, przysyłać pieniądze, odłożyć na studia zamiast siedzieć w tej dziurze i po cichu się nad sobą użalać. Nie ma sytuacji bez wyjścia, na jego miejscu pewnie poradziłabym sobie, jakoś, nie wiem, na pewno, musiałabym. I wtedy po raz pierwszy pojawiła się myśl, dlaczego w takim razie nie próbuję sobie poradzić, będąc na swoim
lepszym miejscu, tylko uparcie płynę z prądem na fali jednej podjętej kiedyś decyzji.
Doszło między nami do ostrej wymiany zdań, do osobliwej szeptanej kłótni w ciszy śpiącego domu. W pewnym momencie zauważyłam, że się całujemy jakby ten cały agresywny erotyzm miał być ostatnim argumentem w dyskusji. Nawet do głowy mi nie przyszło, żeby przerwać. Położył na mnie dłonie, ale nie pieścił tylko oglądał nimi ciało, bardzo powoli, bardzo dokładnie, w dół, kawałek po kawałku. Niczym ślepiec. Najpierw przez ubranie, później przez skórę. I nie było żadnego efektownego finału. Nie zdarł ze mnie bielizny i nie zerżnął na kuchennym blacie jak przystało na dobrą historię. Nie spaliśmy ze sobą ani wtedy, ani później. Dwie następne noce spędziliśmy w kuchni na tych samych miejscach, na rozmowie, i tej samej niedokończonej namiętności.
Po powrocie rozstałam się z Krzysztofem. Nie wahałam się ani chwili. Przez cały czas jego cierpliwej miłości nie przeżyłam nawet namiastki emocji, które stały się udziałem tamtych trzech dni. Przypomniałam sobie, że jeszcze jestem zdolna do takich zrywów, że zamknęłam sobie do nich drogę i chciałam się skazać na wygodną pustkę.
Postanowiłam wrócić na studia doktoranckie. Córa marnotrawna uczelni. Dodatkowo została mi ulubiona praca na pół etatu. Chociaż mało płatna. Nie wiem na jak długo starczy siły i ambicji, nie wiem ile ich mam, boję się, że za mało.
2007-03-05 02:36:54 ||skomentuj (8)